Skip to content

odstaw internet explorer 6 do lamusa!

Przperaszam wszystkich, którzy czekali na notkę o fotografii (o ile ktokolwiek w ogóle na jakąś czekał :), ponieważ dzisiaj o fotografii nie będzie ni słowa (rehabilitacja nastąpi niebawem ;).

Każdy, kto zetknął się z tworzeniem aplikacji internetowych, czy to dużych serwisów, czy małych stronek i innych kotletów, niejedno przekleństwo wypowiedział podczas pracy z optymalizacją strony pod ie6. Ba, nawet nie optymalizacją, ale sprawieniem, żeby pod tą przeglądarką cokolwiek wyglądało i działało. A gdy trzeba doprowadzić do wyglądu i funkconalności osiąganej na innych przeglądarkach, to ilość niecenzuralnych słów wzrasta mniej więcej wykładniczo.

Dramat. Naprawdę, głęboka trauma. Od 8 lat ta dziurawa, wolna, beznadziejna przeglądarka utrzymuje się na rynku. Od 8 lat!! Gdy firefox, safari i chrome, które zazwyczaj są używane w najnowszych wersjach mają już wsparcie dla wielu ciekawych, nowoczesnych rozwiązań, programiści muszą ciągle oglądać się na tego dinozaura.

Ludzie nie rozumieją, że statystyka jest nieubłagana i gdy zleceniodawca widzi w logach serwera, że jego strona ciagle jest odwiedzana na przykład w 20% z ie6, to on będzie wymagał od programisty, żeby pod ie6 ta strona również dobrze działała i wyglądała.

Dla większości internautów używających ie6 problem rozchodzi się jedynie o funkcjonalność - “no ale o co chodzi? ie6 nie ma kart jak inne przeglądarki, ale mi to nie potrzebne przecież”. Skutki są tragiczne. W dostosowanie stron pod ie6 jest ładowana kupa kasy, która mogłaby być przecież wykorzystana na jakąś ciekawą funkcjonalność, czy ogólne poprawienie wyglądu. Dołóżmy do tego ciągły wybór pomiędzy brakiem wykorzystania nowych technologii a zaciętą walką i długimi godzinami przy ie6, żeby te technologie uruchomić, czy zimitować, a obraz tego wszystkiego jest jak sceny z filmów Hitchcock’a.

Dlatego zachęcam gorąco do promowania akcji Odstaw Internet Explorera 6 do lamusa! Wywalajcie tego śmiecia, tępcie go, deptajcie, gryźcie i co tylko wam przyjdzie do głowy. Mówcie o tej akcji, poproście administratorów w pracy, w szkole itd., żeby zainstalowali nowszą wersję albo jeszcze lepiej inną przeglądarkę, edukujcie rodzinę i znajomych. Byle by niedługo większość pracodawców zrezygnowała z rozwijania stron pod tego dinozaura.

Zachęcam również do odchodzenia od Internet Explorera w ogóle, a nie tylko zmiany numeru na wyższy. Z ie7 też nie jest wesoło (chociaż i tak o niebo lepiej niż z wersją szóstą).

Chcę powiedzieć to głośno, aparat ma znaczenie!

Chyba w każdej dziedzinie są pewne oczywistości, które powtarzane i wałkowane wiele razy stają się dla niektórych prawdą objawioną. Z tym ciężko walczyć, bo z oczywistościami się nie dyskutuje. Kiedy jednak prawda objawiona okazuje się tą trzecią z wszystkich prawd, czyli gówno prawdą, to może się zrobić niezły bałagan.

Jest takie stwierdzenie, które krąży w obiegu i na stałe zagościło w niektórych kręgach, a które brzmi mniej więcej - “każdym aparatem da się zrobić dobre zdjęcia”. Nadinterpretacja tego stwierdzenia skutkuje wątpliwymi teoriami, które niekiedy można spotkać w zakamarkach internetu. Pikanterii dodaje fakt, że w internecie istnieje dosyć popularny tekst A $150 Camera vs. a $5,000 Camera autorstwa “słynnego” Kena Rockwella.

Gdybym był człowiekiem, który aparat trzymał pierwszy raz w rękach pół roku temu, to zapewne bym w tą propagandę uwierzył. Zresztą wydaje mi się, że kiedyś gdzieś tego linka wklejałem, czego bym teraz nie zrobił na pewno. Nie żeby Rockwell się jakoś strasznie rozmijał z prawdą, bo rzeczywiście w opisywanym przypadku jedno kiepskie zdjęcie jest gorsze od drugiego kiepskiego zdjęcia. Poza tym pisze, że większość jego znajomych kupuje sprzęt, którego nie potrzebuje, co tyczy się również wielu początkujących fotografów także w naszym kraju. Dla osób, które nie umieją w aparacie ustawić prawie nic poza trybem A, rzeczywiście może nie być różnicy. Ale moi drodzy, przecież nas takie osobniki nie interesują* ;).

Chcę powiedzieć to głośno i wyraźnie. Aparat ma znaczenie! Często nawet bardzo duże znaczenie. Zdanie “każdym aparatem można zrobić dobre zdjęcie” jest bardzo ogólne, przez co można nieznacznie przytaknąć słysząc je i niewiedząc jaki jest kontekst. Bo nawet ciężko zdefiniować  coś takiego jak “dobre zdjęcie”. Krew mnie jednak zalewa, gdy słyszę, że aparat jest nieważny. To jest właśnie nadinterpretacja, o której pisałem na początku. A takie stwierdzenia już nie raz w sieci widziałem.

Gdyby to wszystko się jakkolwiek składało w sensowną całość, to można by założyć, że nieboszczyk Adams używając za życia małpki również zrobiłby dobre zdjęcia. Z pozoru przykład Adamsa z małpką może wydawać się ciosem poniżej pasa, bo on z założenia był nieskazitelny technicznie. Ale nie w tym rzecz. On jest dobrym przykładem osoby, która wybierała środki tak, żeby osiągnąć dany cel jak najlepiej. Dlatego jeździł w plener ze swoim aparatem wielkoformatowym tachając go z samochodu, i mozolnie rozkładając.

Wraz z popularyzacją aparatów cyfrowych, ludzie coraz rzadziej wybierają najlepsze rozwiązania, częściej stawiając na te dobre, ale wymagające mniej wysiłku. Ułatwienie całego procesu robienia zdjęcia i możliwość zapisu w rawach sprawia, że lustrzanka cyfrowa wydaje się wyborem najlepszym z pośród możliwych, bo najczęściej nie rozważa się żadnych alternatyw.

To wszystko chodziło mi już od jakiegoś czasu po głowie i nie napisałbym o tym jeszcze długo, gdybym nie miał okazji używać kilka dni temu aparatu hasselblad 500c/m ze standardowym obiektywm 80mm. Trzeba wam wiedzieć, że od dawien dawna zbierałem się, żeby postawić swoje piwersze kroki w dziedzinie portretów. Bałem się tego jak ognia, sam nie wiem czemu. Wszystko, co dotychczas znałem fotograficznie to ulica. Było parę zdjęć, które po ciężkiej wódce można by nazwać portretami, ale zawsze strzelonych przy okazji jakiegoś wypadu, ot tak.

A gdy miałem w rękach ten legendarny niemalże aparat, to nie mogłem przecież w mojej sytuacji użyć go do zrobienia czegoś innego niż portrety. Pierwsze, w których starałem się zrobić wszystko tak jak sobie obmyśliłem i zapanować nad sytuacją, pokierować biegiem wydarzeń. To było bardzo ciekawe doświadczenie. I jeżeli ktoś mi teraz powie, że aparat nie ma znaczenia, to parsknę mu śmiechem w twarz.

I nie chodzi mi teraz o wyścig do jak najlepszej jakości (skan i obróbka u mnie kuleją ciągle, a łańcuch jest przecież tak mocny jak jego najsłabsze ogniwo), ale o wrażenia z pracy z tym sprzętem. Jestem absolutnie pewien, że ten aparat pomógł mi ogromnie w tych pierwszych krokach. Ocena kadru na tak dużej i jasnej matówce to po prostu kosmos i znacznie łatwiej zauważyć jest wszystkie rzeczy, które nie pasują, gryzą. Tempo pracy narzucone w pewnej mierze przez samą specyfikę aparatu oraz przez ilość klatek na kliszy, sprawiały, że nie naciskałem spustu z myślą “coś się wybierze”, tylko kiedy byłem przekonany, że widzę w kadrze to, co chcę w nim zobaczyć. Co nie oznacza niestety, że to przekonanie było zawsze słuszne.

Nacisnąłem podczas tej sesji spust dokładnie 10 razy (tj. niecała rolka). To się wydaje okropnie dziwne w czasach, gdy widziałem już w sieci wzmianki o prawie tysiącu zdjęć wykonanych podczas wypadu “na miasto”. Gdyby ta sesja była ważniejsza, to pewnie zrobiłbym to na 2 albo 3 kliszach, ale dalej to i tak niedużo prób. Pewnie za parę miesięcy, gdy patrząc na te portrety nie będę się czuł jak niemowlak, który nie do końca rozumie to, co się wokół dzieje, nie będą mi się one podobały tak, jak teraz. Jednak jak na pierwszą sesję, uważam, że źle nie jest.



fot.Łukasz Sarnacki

Dlatego uważam, że warto dobrze przemyśleć wybór sprzętu. Ważne jest, żeby sprzęt nie zawadzał, ale idealnie robi się, gdy pada na aparat, który dodatkowo ułatwia pracę w danej dziedzinie. I nie chodzi tu o to, czy moje portrety są dobre, czy nie, to każdy sobie oceni sam (zresztą te są pierwsze, mają narzut braku doświadczenia, braku osobistych spostrzerzeń). Aparat nie daje mi z miejsca przepustki do dobrych zdjęć, ale jestem pewien, że gdybym robił te zdjęcia chociażby moją bessą, to wyszłyby  inaczej, zapewne gorzej (abstrachując już od formatu). Chodzi o to, jak się czułem, gdy mogłem kadrować za pomocą tego wspaniałego aparatu.

Niekoniecznie wybór bardziej adekwatnego sprzętu oznacza większe pieniądze. Todd Hido używa czasem starych aparatów kompaktowych, bo uzyskuje z nich takie efekty, jakie mu pasują. Paweł Kula robi większość swoich zdjęć na aparatach własnej kontrukcji. Giacomo Brunelli emocje na swoich zdjęciach potęguje użyciem lustrzanek sprzed kilkudziesięciu lat i pracą w ciemni. Przykładów jest całe mnóstwo i w to się wpisuje zdanie już tu cytowane - “każdym aparatem można zrobić dobre zdjęcie”.

Niech nikt go tylko nie stara się wcisnąć w odwrotną stronę. Wybierajcie aparat bardzo dokładnie analizując swoje potrzeby, nie dajcie się zwieść temu, że każdym przecież da się zrobić zdjęcie. Specyfika pracy jest bardzo ważna.

_________________

*Jeżeli poczułaś/eś się dotknięta/y słowami o trybie “A”, bo dopiero zaczynasz, to spieszę z wyjaśnieniem, że nie chodzi mi o piętnowanie początkujących. Mam na myśli tych opornych, którzy nie widzą potrzeby w poznawaniu podstawowych zależności między przysłoną a czasem.

P.S. To, że trafił mi się akurat legendarny hassel, nie oznacza, że ludzie nie mający na niego pieniędzy powinni wpaść w traumę. Dla kogoś kto nie ma funduszy na taki sprzęt ani nie może go pożyczyć, tak jak ja, dobrze sprawdzi się chociażby kiev 88. Bronici też nie należą do najdroższych aparatów, tanio można wyrwać mamiye 645. No i lustrzanki dwuobiektywowe. W innych dziedzinach też są aparaty lepiej lub gorzej do danych zadań przystosowane. Dlatego powiadam wam, szukajcie a znajdziecie.

P.S.2 Z tego miejsca pozdrawiam serdecznie M., która to użyczyła mi aparat :).

P.S.3 Serdeczne pozdrowienia również dla Michała, który użyczył mi statywu. Pragnę również niezmiernie przeprosić, że dopiero teraz. Michał nie chce już chyba swojego statywu, a mam go już taki szmat czasu, że zacząłem zapominać, że to w ogóle jego, stąd ten okropny nietakt z mojej strony ;) Bez tego zdjęcia byłyby zapewne krzywe i/lub poruszone, serio serio :).

nic ciekawego mnie już dzisiaj nie spotka

Złowieszcze myśli miałem ostatnio w głowie. Ogromne przerwy w pisaniu sprawiły, że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie powinienem zamknąć bloga. “Nic dobrego tu już nie napiszę” - pomyślałem. Pewnie dlatego, że wydawało mi się to zbyt spektakularnym spektaklem jak na takie drobne przedsięwzięcie jakim jest mój blog, wyszło na to, że nic nie zamknąłem.

I dobrze, bo ta cała sytuacja skojarzyła mi się ze zdjęciem zrobionym podczas jednej z wędrówek po Warszawie. Pamiętam, że powiedziałem sobie wtedy - “nie wracam do domu póki nie skończę kliszy”. Była to myśl z pozoru dosyć niefortunna, bo szukając ujęć nie mogłem znaleźć prawie nic ciekawego, co sprawiłoby, że z przekonaniem naciskałbym spust. Szedłem gdzieś przy samym brzegu Wisły chcąc być daleko od zgiełku dużych ulic - ma to swoje dobre strony, jednak tamtego dnia czułem jakby wszystko dookoła było wyprane z wszelkich emocji. “Nic już dzisiaj ciekawego mnie nie spotka” pomyślałem i chciałem wracać do domu zostawiając postanowienie sprzed ledwie 2 godzin daleko za sobą.

fot.Łukasz Sarnacki

Nie wymyślono jeszcze skutecznej techniki teleportacji ludzkiego ciała, dlatego chcąc nie chcąc, szedłem dalej którymś z wiślańskich brzegów, żeby przy moście, do którego się zbliżałem, złapać jakiś autobus albo tramwaj. Wtedy zobaczyłem przed sobą rodzinę idącą z psem. Szedłem za nimi i byłem w tym specyficznym stanie, w którym czuję, że zaraz podniosę aparat do oka. Taki spręż, który sprawia, że odruchowo sprawdzam, czy mgawka jest na pewno naciągnięta i czy parametry ekspozycji są dobrze ustawione.

Mama z córką odbiły w lewo, żeby wejść do jakiegoś baru czy sklepu na barce, z tego co pamiętam, żeby kupić lody. Pies, który pozwolił wyprzedzić się swojemu właścicielowi zostawał coraz bardziej w tyle. Gdy byłem już bardzo blisko odwrócił się w moją stronę a ja stanąłem jak osłupiały. Podniosłem aparat do oka, przekręciłem odruchowo ostrość bliżej początku skali (a przynajmniej tak mi się wydaje, czasem ogarnia mnie strach gdy pies jest blisko, niezależnie od tego jak bardzo potulnie wygląda) i nacisnąłem spust. Potem stałem jeszcze chwilę w okropnym odrętwieniu i patrzyłem jak pies odchodzi w stronę swojego pana.

I teraz ten pies patrzy na mnie i zdaje się jakby mówił “ogarnij się, jeszcze wiele będziesz miał okazji do napisania kilku zdań”. Warto czasem pomęczyć się chwilę z brakiem ujęć, żeby nie stracić tego jedynego, które z całego spaceru nadaje się do pokazania. W końcu nigdy nie wiemy co nam przyniesie los, nawet w ciągu najbliższych 5 minut.

Może z pisaniem jest podobnie?

czy naciskanie spustu to fajne hobby?

Ciężko napisać jakiś sensowny wstęp, gdy nie pisało się nic od 2 miesięcy… Chciałbym napisać, że przemierzałem przez ten czas egzotyczne kraje, czy coś w tym stylu, ale robiłem mniej więcej to samo co zwykle, więc jednym słowem nie ma o czym gadać. Może poza tym, że końcówka tego roku była z różnych względów jednym z najdziwniejszych okresów ostatnich lat… ale trochę tu zbyt tłoczno, żeby wpadać w dziwne rozważania egzystencjalne.  To się bardziej sprawdza, gdy w okolicy są 2-3 kieliszki, 2-3 osoby i gorzki trunek.  Nie wiem, czy to sprawił chłód zimy, która nadeszła za późno, czy coś innego, ale nowina jest w każdym razie taka, że trochę się ogarnąłem i zamierzam sklecić kilka zdań.

Katuję się czasem przeglądając zdjęcia wrzucane na przeróżne serwisy przez ludzisków na drugim końcu kabla, czasem czytam nawet komentarze do tych zdjęć. I zastanawiam się zawsze skąd bierze się tyle pstryków “niczego i o niczym”. Wiecie, gdy człowiek zastanawia się, czy przypadkiem kot z aparatem przyczepionym do obroży nie robi lepszych zdjęć.

Teoretycznie prosta sprawa, jak fotograf dupa, to nie ma o czym gadać. A praktycznie? Wydaje mi się, że jest sporo osób, które mają “dobre oko”, ale poprzez swoje podejście, robią beznadziejne zdjęcia. Takie, które jedynie najbliższa rodzina uzna za dobre… i to pod przymusem. A jak babcia zapomni okularów, to może nawet uzna za wybitne (btw. jutro dzień babci, chyba wszyscy pamiętają?).

Mój bliźniaczy powiedział mi ostatnio o rozmowie dotyczącej technik programistycznych, tematu zgoła odmiennego niż fotografia, ale myślę, że da się tą rozmowę zgrabnie przetransponować. Pewien student rozwodził się nad tym, jak to ostatnio próbował kilka zdjęć twarzy animować w gadającą mordkę, jak to by z chęcią wypuścił na rynek, tylko potrzebuje kogoś, kto to wykorzysta i sprzeda. Przysłuchujący się temu studenci, którzy mają już projekty “porażki” za sobą, zapytali go z wyrazem twarzy człowieka, który ogląda japoński teleturniej:

- Ale po co?

- Lubię się bawić techniką… - padła odpowiedź, a na ripostę nie trzeba było czekać długo -

- No to fajne masz hobby… ale biznesu to z tego nie będzie.

Jak chce się coś sprzedać, to należałoby wyjść od potrzeby - to cenna informacja dla wszystkich, którzy chcą zwojować kapitalistyczny rynek pogrążony w kryzysie. Z punktu widzenia fotografa amatora informacja ta jest z pozoru bezużyteczna.

Wiecie już co napiszę, prawda? Wiem, że to utarte, ale co zrobić - tak, pozory mylą. Transponując to na fotografię, można by rzec, że trzeba znaleźć wyważenie pomiędzy czerpaniem przyjemności z robienia zdjęć, a przemyśleniami na temat tego jak i po co? Patrząc na zdjęcia w internecie ciśnie mi się do głowy taka myśl, że ludzie więcej uwagi zwracają na to, że coś jest fajne, zapominając o tym, że ważniejsze jest pytanie - jak to dobrze ująć?

Tu dochodzą jeszcze pytania - co właściwie chcę pokazać, i czy w ogóle warto to pokazywać? Widziałem ostatnio całkiem przeciętne zdjęcie całkiem przeciętnej choinki na całkiem przeciętnym placu zamkowym. Zostało dane do oceny na jednym z serwisów internetowych.  I tu się ciśnie na usta właśnie - fajne masz hobby, takie naciskanie spustu. Napisałem chłopakowi, który to zdjęcie zamieścił, żeby lepiej zrobił fotografie swoim znajomym i rodzinie, do nich przynajmniej kiedyś wróci, a do tej choinki? Użyłem dosyć dosadnych słów i zdjęcie zaraz zniknęło - jest dla niego nadzieja ;).

Nie jestem bynajmniej wyrocznią, ale w takich skrajnych przypadkach nie ma co się silić na skromność. Jeżeli ktoś pstryka taką choinkę stojąc po prostu kilkadziesiąt metrów od niej, tak, żeby było widać choinkę i kawałek placu, to może być absolutnie pewien, że tego samego dnia całe rzesze ludzi zrobiły to już przed nim w analogiczny sposób i na tym się niestety nie skończy. Taka choinka będzie obfotografowywana aż do momentu jej śmierci… tylko po co? Nikt mi nie wmówi, że większość Polaków dorabia robiąc zdjęcia na pocztówki z Warszawy. I jeżeli człowiek taki przypomina mojego sąsiada, który kupuje każdy gadżet, to niech mu będzie, niech ma radochę - ale ktoś kto daje zdjęcia do oceny, ma jakieś wyższe aspiracje? Bagam…

Rozmowa studentów opisana powyżej przekłada się jeszcze lepiej na dylemat odnośnie wyboru technik fotograficznych. Ludzie używają na przykład narzędzi zwanych czasem “instant artistic effect”, czyli cross, polaroid, lomo, często kierując się bardziej tym, jakie te techniki są, a nie tym, do czego są im potrzebne. Dodajmy do tego ludzi, którzy nie uznają koloru, bo czerń i biel ma “jakiś taki klimat i jakąś taką głębie i w ogóle artystyczna jest” i nieszczęście gotowe. A przecież pytanie - jaka technika będzie najlepsza do tego, co chcę pokazać? - powinno być moim zdaniem wysoko w hierarchii ważności.

Cała sprawa jest teraz jeszcze bardziej wypaczona, gdy dołożymy do tego fakt, że często photoshop załatwia myślenie. Nie trzeba wybierać pomiędzy różnymi opcjami, skoro można zrobić w raw i później zobaczyć, co bardziej pasuje. To istotnie wygodne, nie chcę demonizować i nawoływać do użycia kliszy (chociaż szczerze zachęcam :), ale wydaje mi sie, że dobrze jest mieć chociaż pewien zamysł odnośnie zdjęć finalnych, ćwiczyć w ten sposób szare komórki. Jeżeli nawet się od tego odejdzie po zrobieniu zdjęcia, to nie będzie tak, że wychodzimy od myślenia: trzasnę rawy, a potem coś się wybierze, coś się przerobi. A to niestety niektórym wchodzi w krew.

Mam po raz kolejny wrażenie, że to co piszę, jest oczywiste, ale jednak wydaje mi się, że dzisiaj, gdy lawinowo kupuje się lustrzanki cyfrowe, jest wiele osób zagubionych w tym wszystkim. Robią zdjęcia, żeby rozbić zdjęcia i koło się zamyka. Nic w tym złego, jeżeli taki schemat jest docelowym, ale są przecież osoby, które chciałyby od swoich zdjęć czegoś więcej.

Naciskanie spustu to fajne hobby. Z powodzeniem mogłaby je wykonywać nawet małpa. Od ludzi oczekuję czegoś więcej.

5klatek - numer 6

Chciałoby się powiedzieć “fkońcu!”. Po długim czasie oczekiwania mamy nowy, szósty numer 5klatek. Jest późno w nocy, a jeśli jeszcze trochę tu posiedzę, to będzie już bliżej “wcześnie rano”, dlatego przejrzałem numer dosyć pobieżnie.

Na razie rzuciły mi się w oczy reportaże “Bezdomni” Pawła Łącznego i “Santo Subito” Krzysztofa Szewczyka. Ciekawa jest rozmowa z Rafałem Milachem. Felietonu “Twórca w cieniu kuratora” z końcu numeru nie mam siły dzisiaj czytać. W ogóle mam mało siły na cokolwiek, dlatego nie będę przedłużał, dziś macie szczęście!

Mógłbym pomarudzić, że nie jest to takie uderzenie, jak niektóre poprzednie numery itp., ale wolę pozostać przy tym, że cieszę się z ukazania się szóstego numeru. Zobaczymy co będzie jutro, gdy powieki nie będą mi ciążyły, jakby były zrobione z ołowiu i przetrawię to dokładnie.

Może wy macie jakieś konkretniejsze spostrzeżenia? :)

Todd Hido w Yours Gallery

Nie mogę niestety powiedzieć, że kojarzę Todd’a Hido, że bardzo lubię jego zdjęcia i że zawsze chciałem pójść na jego wystawę. Myślę jednak, że jest ogromna szansa na to, że mi się jego fotografie spodobają. Nie chcę tego przesądzać teraz, gdy tak niewiele czasu minęło od chwili, w której dowiedziałem się, że ktoś taki istnieje. Będzie okazja do przekonania się, bo Hido zawiśnie w Yours Gallery i będzie tam od 27 listopada do 20 stycznia.

Nie to jest jednak najlepsze. 28 listopada o godzinie 18:00 Todd Hido poprowadzi wykład, w którym, jak można przeczytać na stronie Yours Gallery, opowie o tajnikach swojej pracy, zamiłowaniu do nocnych wędrówek, a także o tym, co inspiruje go jako artystę. Zapowiada się ciekawie.

Hido w przedziwny sposób łączy portrety ludzi ze zdjęciami pochmurnych krajobrazów, opuszczonych wnętrz i złowieszczo wyglądających domów. Ciężko mi się do tego ustosunkować, ale zdecydowanie jestem okropnie zaciekawiony. Jest coś takiego w jego niektórych zdjęciach, że skojarzyły mi się z nocnymi ujęciami Gregorego Crewdsona. Wspólny mianownik jest wprawdzie dyskusyjny (chociaż ja go dostrzegam), ale bardziej na zasadzie kontrastu przypomniało mi się, jak Crewddson ustawiał te plany za tysiące dolarów, angażował całe ekipy.

Sposób wykonywania fotografii przez Hido jest kompletnie inny. Wychodzi z samochodu, rozstawia statyw, robi zdjęcia, zbiera sprzęt i odjeżdża. Żadnej manipulacji, dorabiania. To jest taki sposób, jaki lubię. A efekty wydają się być zdumiewające (ale ze zdecydowanymi sądami jeszcze poczekam). Nie wiem niestety, czy mam się spodziewać tych nocnych zdjęć na wystawie, ale wykładowi ma towarzyszyć prezentacja twórczości fotografa, więc pewnie coś o nich powie (rzutnik to nie papier, ale zawsze coś! przynajmniej w Yours Gallery pewnie go umieją włączyć, w przeciwieństwie do co niektórych :).

Na koniec filmik, z którego można się co nieco dowiedzieć. Ola, dzięki za informacje i linka!

.

Henri Cartier Bresson w Królikarni - zepsute popołudnie.

Post napisany gościnnie przez mojego brata, który to oglądał ostatnio Bressona, jak pewnie większość z was (radzę tej mniejszości też się ruszyć, póki jeszcze można). Piotrek ma blogusia, ale… tam jest za dużo zmiennych ;) Myślę, że mało kto by się taką notką tam zainteresował. Niestety wpis ten nie będzie traktował stricte o wystawie. Zresztą co ja będę przeciągał, przeczytajcie sami.


Byłem wczoraj z dziewczyną na wystawie Henri Cartier Bressona w Królikarni. Nie będę pisał o samej wystawie, bo recenzji jest pewnie w internecie sporo, ale o pewnym incydencie, po którym został tylko niesmak i niechęć do Królikarni.

Dość długo przechadzaliśmy się po wystawie oglądając kolejne zdjęcia. Czas zleciał wyjątkowo szybko i w rezultacie koło 16:00 zostało nam jeszcze jakieś 8 prac. Szczęśliwi czasu nie liczą, więc jak można się łatwo domyśleć nie mieliśmy pojęcia, że to już czas zamknięcia. Nagle przy dyskusji nad jednym zdjęciem usłyszałem zdenerwowany głos strażnika: “Szesnasta, koniec wystawy! Wychodzić proszę!” (mogę teraz przekręcić to co mówił, ale sens pozostaje ten sam). Popatrzyłem na komórkę: 15:58. No dobra, no to trzeba zbierać się do wyjścia. Chciałem jeszcze tylko przejść koło ostatnich zdjęć, ale zanim zdążyłem zrobić krok strażnik (łysiejący z wąsem) zaczął wyłączać światło i krzyczał zdenerwowany do jakiejś Pani: “Pani już tam wyłącza światło! Wychodzić! Mógłbym teraz alarm włączyć! Koniec wystawy!”. Nagle zrobiło się ciemno, pomyślałem sobie tylko, że trzeba być naprawdę kawałem chama, żeby się tak zachować i wyszedłem z sali.

Pamiętam jak byłem w Królikarni na wystawie Saury i również oglądanie się trochę przedłużyło, ale wtedy jakaś miła Pani 15 minut przed szesnastą przypomniała, że zaraz zamykają i mogliśmy chociaż przejrzeć resztę prac. Wtedy została nam chyba cała sala, więc tym bardziej się dziwię, że teraz nie mogłem nawet przejść obok kilku zdjęć (ile to mogło zająć? 30 sekund?!).

Przy wyjściu Kasieńka rzuciła jeszcze do strażnika: “Widzę, że to nie jest centrum kultury”, na co on się jeszcze bardziej zasapał i zaczął w złości rzucać: “Nie! Oczywiście, że nie! Zresztą ja widziałem jak oglądaliście! Obściskiwaliście się tylko!”.

Trzeba mieć niezły tupet, żeby coś takiego powiedzieć.

Ok, przyznaję się, trzymaliśmy się za ręce, możliwe, że w którymś momencie przytuliłem dziewczynę, ale nie sądzę, żeby to można było nazwać obściskiwaniem. Może strażnik (tak, ten łysiejący z wąsem) ma jakieś kompleksy? Może zazdrości? Nie wiem.

Nie muszę chyba mówić jak bardzo negatywne emocje wywołują takie sytuacje, szczególnie w miejscu, do którego przyszło się w celu podziwiania sztuki i odpoczynku od codziennego zgiełku.

Niesmak pozostał, ten post sprawi, że ślad w internecie również pozostanie - mam nadzieję, że ktoś z Królikarni to przeczyta. Jeżeli Królikarnia nie zrobi naprawdę wyjątkowej wystawy, to raczej nie będę chciał tam wrócić. Jak to jest, że do niektórych galerii (Yours Gallery albo Luksfera na przykład) człowiek aż chce wracać, nawet jak sama wystawa nie zachwyciła, dla samego klimatu, a do innych nie chciałbym się zbliżać na kilometr.

Jeff Mermelstein

Zwróciłem uwagę na zdjęcia Mermelstein’a już dawno temu dzięki mojemu zainteresowaniu zdjęciami Kyoko Hamady. Jeff i Kyoko wiszą niedaleko siebie na stronie http://www.billcharles.com/. Po obejrzeniu zdjęć Hamady przeglądałem towarzystwo od Billa Charlesa i szczególną uwagę zwróciłem właśnie na Mermelsteina (chyba nikt nie ma wątpliwości, dlaczego?). Jego zdjęcia można zobaczyć jeszcze tutaj.

Myślę, że warto niektórym nieuświadomionym uzmysłowić, że taki ktoś istnieje (pewnie sporo osób siedzących w temacie zna tego fotografa, ale statystyka nakazuje mi przewidywać, że to zdecydowanie nie wszyscy, którzy tu wpadną dziwnym trafem). Okazuje się bowiem, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy nie bardzo kojarzą streetphoto w kolorze, mimo rzekomego zainteresowania tym gatunkiem fotografii. A w chwili, gdy nawet Alkos zaczął robić w kolorze, nie można być w średniowieczu* i nie wiedzieć, że czasy, gdy kolorowa fotografia uliczna była ewenementem już dawno minęły.

Nie pisałbym pewnie tej notki jedynie, żeby poinformować o istnieniu Mermelstein’a. Mam coś ekstra - natknąłem się na krótki dokument poświęcony temu fotografowi. Na youtube wisi już od ponad roku, ale ja go wcześniej nie wypatrzyłem nigdzie, więc jest szansa, że nie tylko ja jestem niedoinformowany. To jest naprawdę warte obejrzenia, a co ważniejsze, przemyślenia!

______________________
* W żadnym wypadku nie uważam, żeby robienie, czy lubienie czarno-białej fotografii ulicznej było mentalnym średniowieczem. Ona nie jest gorsza, jest (wiem, że to cholernie banalnie zabrzmi) po prostu inna. Za to brak świadomości, że kolor to bardzo ważna (choć znacznie mniejsza od czarno-białej) część mojego ulubionego nurtu w fotografii bez pardonu nazywam mentalnym średniowieczem ;).

.

Czego uczy życie, gdy przybywa lat?

Pierwsze nagranie pochodzi z lat 60-tych. Nie znam dokładnej daty, ale strzelam, że to pod koniec tamtego dziesięciolecia. Marek Grechuta był wtedy niewiele starszy ode mnie.



Drugie nagranie to zapis koncertu w teatrze Stu w roku 1990 (o ile dobrze to ustaliłem)

Zwróćcie uwagę na różnice… ale nie te drobne, które nie zmieniają sensu utworu. Zwróćcie uwagę na ostatni wers przed kończącymi refrenami…

Może ja się wreszcie wezmę w garść? Zanim na własnej skórze przekonam się, jak szybko może mijać czas, który przecież wydaje się niekiedy płynąć tak okropnie wolno.

Gdy tytuł ironicznie podsumowuje treść… - drobne sprostowanie

Pisałem niedawno o wystawie na temat życia Wietnamczyków w Polsce. Przedwczoraj otrzymałem maila z Centrum Inspiracji Artystycznej i wydaje mi się, że powinienem niektóre rzeczy sprostować. Po przeczytaniu na stronie “(…)Zdjęcia są dokumentacją mojej dwuletniej (2006-2008) obecności wśród tej barwnej, zróżnicowanej i fascynującej społeczności. (…)” wydawało mi się, że zdjęcia były robione przez jedną osobę. Pozwalałoby to przewidzieć mniej więcej, czego można się od wystawy spodziewać.. W rzeczywistości jest to zbiór zdjęć pochodzących z różnych źródeł. Dlatego cofam stwierdzenie “niewiele wnoszące do tematu” - przy takim miszmaszu, nie da się stwierdzić, czego można oczekiwać od reszty zdjęć.

I druga sprawa tyczy się słów “Nie lubię, gdy pod dużą ideę podciąga się kiepsko zrealizowany materiał”. Tu też podobna kwestia - fotografowanie tej społeczności przez jedną osobę w okresie aż 2 lat to według mnie ogromna idea - gdy wiem, że tak nie jest, mogę wrzucić na luz. Gdyby ktoś był tak zaangażowany w projekt, to po prostu oczekiwałbym więcej. Przytłoczyło mnie wręcz, że po 2 latach ktoś wrzucił takie zdjęcia jako próbkę z wystawy.  A wiedząc, że zdjęcia pochodzą od wielu różnych autorów, zupełnie ze sobą nie związanych, nie można zdecydowanie wybrać czegokolwiek reprezentatywnego, dlatego też do sprawy podchodzę znacznie łagodniej.

Nie można tu oczekiwać ani spójnego reportażu, ani wysokiego poziomu prac. A moje rozczarowanie było tak wielkie, bo właśnie tego oczekiwałem. Tak czy owak na wystawę się nie wybiorę, bo mnie interesuje reportaż, dokument, esej, ale nie w postaci miszmaszu, którego poziom jest niestety niski. Chyba nie potrafiłbym przymknąć oka na wszelkie błędy, tak żeby dowiedzieć się czegoś o Wietnamczykach, a nie irytować się wykonaniem.