Mógłbym przy okazji tego wpisu wystwosować prośbę, żeby ktoś napisał go lepiej, bo mi się plączą palce na klawiaturze, czuję, że muszę zająć czymś mój mózg, bo inaczej zwariuję, ale ciemność widzę, ciemność. Kilka głębokich wdechów, usaaaah, będzie dobrze, czas zaczynać.
Nie wiem, czy jestem w tej kwestii ewenementem, ale w wielu przypadkach nie lubię, po prostu nie znoszę stwierdzenia - “nie podoba Ci się? zrób to lepiej!”.
Są takie sytuacje, kiedy takie stwierdzenie rzeczywiście ciśnie się na usta. Niech przykładem będzie organizacja konferencji na temat jednej z technologii informatycznych, która w Polsce ciągle pozostaje niszowa. Konferencje chciało zorganizować w Krakowie dwóch Anglików. Jako, że kraj nasz malkontentami jest płynący, to na głosy niezadowolenia z faktu, że w naszym polskim pięknym państwie coś jest organizowane przez Anglików trzeba było czekać tylko trochę dłużej niż nowojorską sekundę (czas jaki upłynie od zapalenia się zielonego światła, do wybrzmienia odgłosu klaksonu). Typowy przypadek, gdy ktoś nie chce pomóc, ale za to wydawanie burkliwych odgłosów jest jak najbardziej naturalne.
Gdyby ktoś przyszedł do mnie i pokazał mi swoje pierwsze zdjęca street photo, to na pewno nie skrytykowałbym go dobitnie, tak jak to czynią niektórzy, ustanawiając sobie za cel wdeptanie w ziemie w taki sposób, żeby człowiek czuł się jak Jean-Claude Van Damme w sporej części filmów, w których zagrał. Może z tą różnicą, że o ile Jean po naprawdę ostrym mancie podnosi się i wykrzesuje z siebie ostatki sił, żeby niczym Chuck Norris powalić przeciwnika z pół obrotu, o tyle nie każdy może stać się William’em Eggleston’em i mimo wszelkich przeciwności i skrajnej krytyki przeć do przodu, tym bardziej jeśli jego prace są rzeczywiście kiepskie.
Dlatego, abstrahując oczywiście od tego, że ja sam stoję bliżej początku, niż końca mojej drogi fotograficznej, nie zafundowałbym nikomu początkującemu przeprawy przez mękę, ale postarał się podyskutować. Zadawanie pytań wydaje się w takim momencie o wiele lepszym sposobem, żeby wpłynąć na czyjeś podejście, niż stawianie kategorycznych twierdzeń (tym bardziej w formie równoważników zdań brzmiących mniej więcej “gówno, gówno, gówno”).
Za to sprawa moim zdaniem zmienia się diametralnie, gdy chodzi o kogoś, kto powinien już sobą coś reprezentować, kogo autorytet jest uznany i od kogo oczekuje się czegoś więcej niż papki, którą ma się podobać, bo Słowacki wielkim poetą był! Na blogu Iczka pojawił się ostatnio komentarz pod jednym z wpisów, w którym pewna tajemnicza osoba podpisana M. pisze “smiac mi sie chce jak czytam te wypociny jednego z drugim, ktory nic w fotografii nie osiagnal, a krytykuje tak zawziecie Tomaszewskiego, Lacha czy Gudzowatego…”.
Jeżeli każdy, ale to każdy, z kim rozmawiałem o wystawie “Rzut beretem” Tomaszewskiego zwracał uwagę na to, że cyfrowość tej fotografii w niektórych sytuacjach jest tak widoczna, że aż boli, a sam Tomaszewski w wywiadach mówi co chwila “wielki nikon… mój wielki nikon”, to ja nie widzę powodu, żeby kazać się komuś tym zachwycać.* Jesteśmy odbiorcami do ciężkiej cholery! Wielka Fotografia będąc wielką i będąc Fotografią nie może nie zachwycać nas, więc zachwyca! Tak?
Jeżeli ktoś chce sie ograniczyć do krytykowania tylko tego, co sam potrafi zrobić lepiej, to proszę bardzo - zapraszam na seansik. Wszystkie 7 części Akademii Policyjnej. Później można wysłuchać dyskografii zespołu Boys, a na koniec okrasić to oglądaniem obrazów na przykład ze starówki warszawskiej. Przykładów można by mnożyć. I jeżeli ktoś nie jest reżyserem, nie ma zdolności muzycznych, a pędzel miał w ręku ostatni raz na lekcjach plastyki w szkole podstawowej, to niech tylko spróbuje pisnąć słówko, bo sam nie zrobi lepiej!
Tak to ma wyglądać?
__________________
* naprawdę nie chce dyskusji o wyższości cyfry nad analogiem i odwrotnie - po prostu jestem zdania, że jeżeli ktoś decyduje się na zrobienie zdjęć aparatem cyfrowym, to mógłby zadbać o to, żeby niektóre rzeczy nie waliły po oczach - i tyle.
Post a Comment