Drobne ostrzeżenie przed lekturą: będę tu nawiązywał do filmu Secret life of words (Życie ukryte w słowach). Nie zdradzam fabuły w sposób znaczący, ale obnażam kawałeczek prawdy o głównej bohaterce Hannie, który może sprawić, że duża część filmu nie będzie już tak tajemnicza. Dlatego uprzedzam, że lepiej nie czytać, jeżeli ktoś zamierza obejrzeć, do czego przy okazji gorąco zachęcam.
Pamiętam doskonale, gdy byłem na projekcji filmu Katyń w małej miejscowości i jeszcze mniejszym kinie, którą normalnie z pewnością bym opuścił, gdyby nie wlepiono mi biletu do ręki. W innym wypadku poszedłbym na cokolwiek innego (życie to sztuka wyboru, jak mówią), a Katyń obejrzał przy jakiejś pierwszej lepszej okazji z DVD. Całościowe krytykowanie tego filmu w tej chwili, tak długo po premierze, byłoby posunięciem skrajnie dziwnym, które pewnie wywołałoby tylko trochę mniejszy uśmiech niż dźwięk słów “Balcerowicz musi odejść”. Zresztą nie wiem, gdzie skryłbym się przed ludźmi, którzy mylą wydarzenie z filmem o wydarzeniu i mówienie o tym filmie w negatywnych słowach kwitują rozdarciem koszuli i krzykiem - mnie bij, ale nie Katyń. Dlatego skupię się tylko na jednym ważnym elemencie.
Spodziewałem sie, że zakończenie tego filmu będzie mocne, ale zarazem będzie pozostawiać głębokie piętno na widzu, będzie w nim tkwić i kłuć w od środka. I owszem, były tam momenty, które zapadły mi na chwilę w pamięć, ale wydawało mi się, że przesadne wykorzystanie przemocy jako zabiegu, który ma oddziaływać na widza, zaczyna prowadzić do efektu odwrotnego. Tym bardziej, że brutalna śmierć nie jest już od dawna w kine tematem tabu i poprzez jej nagromadzenie, efekt obojętności się nasila. Rzadko się robi filmy o umieraniu, ale dla kontrastu trup ściele się w dużych ilościach nader często.
Jak więc sprawić, żeby bez użycia nadmiaru przemocy przekazać brutalną prawdę o tamtych czasach? - pytałem siebie. Do stłumienia w sobie pewnych negatywnych odczuć na temat sposobu nakręcenia ostatnich scen Katynia częściowo wystarczyły mi banalne tłumaczenia - ależ to pokazuje prawdę, właśnie tak było. Nie za bardzo wiedziałem, jak można w ogóle podejść inaczej do tematu, i mimo, że to Wajda powinien wiedzieć, jakoś go w duchu rozgrzeszałem (chociaż plotka głosi, że zakończenie kręcił Pasikowski). To nie było zresztą trudne bo na tle rozmemłanego środka tego filmu, końcówka nie wypada źle, ale nie jest na miarę oczekiwań.
Później nie wracałem do tego filmu, jako że nie było do czego wracać. Aż do teraz, gdy obejrzałem film kompletnie inny, który miał mało wspólnego z historią, ale który to jedną mistrzowsko nakręconą sceną, sprawił, że tak wyraźnie widzę różnicę w odbiorze i oddziaływaniu obnażenia totalnego, a odsłonięciu jedynie fragmentów, które odsłonięte umiejętnie, o wiele bardziej stymulują wyobraźnię.
The secret life of words, po naszemu Życie ukryte w słowach, nawiązuje w jednej ze scen do konfliktu w Jugosławii, który miał miejsce po uzyskaniu przez Chorwację niepodległości w 1991 roku (jestem kiepski z historii, krzyczcie na mnie, jeżeli coś pokręciłem). Rozmowa, która toczy się między młodą pielęgniarką, a poparzonym pracownikiem platformy wiertniczej jest wyreżyserowana nie nachalnie, ale zapadająca w pamięć i głęboko poruszająca. Po tym filmie długo nosiłem w umyśle tą scenę, w której główna bohaterka wyjawia straszną prawdę o sobie i opowieść o wojnie, które zrobiły na mnie takie wrażenie, a podczas których nie użyto zabiegów naszpikowanych przemocą, krwią i okrucieństwem. Ta scena sprawiła, że moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach, a ciche, wybrzmiewające miarowo słowa głównej bohaterki rzuciły mnie na ziemię, tak, że przez długą chwilę, nie mogłem ruszyć choćby powieką. Isabel Coixet zrobiła to, na co Wajda nie mógł się wspiąć. Już wiem, że da się i wiem, że można to zrobić w sposób iście mistrzowski.
I znacznie bardziej wolę właśnie taki sposób obrazowania, zarówno w filmie, prozie, jak i w fotografii. Takiego sposobu obrazowania chcę doświadczać, i w taki sposób chciałbym robić zdjęcia, co jest niestety bardzo trudne, a droga do takich umiejętności wydaje się być bardzo rozmyta.
Mam tylko nadzieję, że Wajda rzeczywiście z powodzeniem zmył wrażenie przeciętności, jakie pozostawiły filmy nakręcone przez niego w ostatnich latach, swoją najnowszą produkcją o tytule Tatarak.
One Comment
Dobrze, że obejrzałam to w pociągu - mniej czucia i uniknęłam mazania się w publicznym miejscu…
Post a Comment