Gdy w odstawkę poszedł wspaniały materiał jakim był Kodachrome, nieco później ten sam los podzielił Pro 800Z, wzmożona ilość pytań o kondycję fotografii stała się nieunikniona. Iczek pisał (nie bez powodu) o epoce post-fotoszopowej - to właśnie wygoda w używaniu procesu zdigitalizowanego sprawia, że kolejne klisze idą w odstawkę. Nie będę rzucał gromów, zresztą w moim wykonaniu byłyby to raczej co większe iskierki. Tak po prostu musi być. Jednak strach, że to wszystko zmierza w złym kierunku ciągle pozostaje.
Kiedyś w mojej głowie zalęgła się taka poprawna politycznie myśl - “nie liczą się środki jakimi doszło się do danej fotografii, liczy się efekt końcowy”. I wiecie co wam teraz o tym powiem? To jest (moim zdaniem!) trzecia ze wszystkich prawd, czyli gówno prawda. O ile nie będę się obrażał na ludzi wybierających cyfrowe aparaty za to, że kolejne klisze umierają (postęp zawsze zostawia jakieś zgliszcza i trudno tu winić kogoś, kto wybiera nowsze rozwiązania techniczne), o tyle kwestia drogi do powstania fotografii zaczęła mi bardziej leżeć na sercu. Samo używanie aparatu cyfrowego nie jest ani dobre ani złe, ale to, co się robi w post produkcji zakrawa czasem o dramat.
Dotychczas nie zastanawiałem się zbyt dużo nad tym, jak powstają fotografie, które widzimy na bilbordach itp. Zapadła mi jednak w pamięć komiczno-smutna sytuacja, która obrazuje pewne trendy w procesie tworzenia zdjęcia. Istnieje portal mm, który większość z was zapewne mniej lub bardziej kojarzy, na którym to, można znaleźć sobie modela/modelkę. Tak też zrobiła moja koleżanka, która poprosiła o pozowanie mężczyznę promującego swego czasu jedno z najpopularniejszych polskich piw swoją twarzą.
Wszystko było pięknie dopóki go nie zobaczyła. Był wprawdzie podobny do tego “kogoś”, kto pozował w ramach promocji browaru, ale jego twarz była jakby spłaszczona wertykalnie. Mówiąc bardziej po ludzku, tak jak kiedyś słuchacz pewnego radia powiedział zamawiając piosenkę - “tak, tego iglesijasa, tego co ma mordę jak kajak”. Po pewnym czasie przyznał się jej, że “zdjęcia” do reklamy piwa były składane z wielu ujęć. Na jednym “fotograf” zobaczył, że dobrze wyszły usta, na drugim podbródek, na trzecim cośtam, potem się to rozciągnęło, poprawiło, tu wycięło, tam dodało i dobre “zdjęcie” gotowe.
Nasze społeczeństwo nie jest prawie edukowane kulturalnie i trudno się dziwić, że łykamy często papkę przygotowaną przez speców od robienia dużych pieniędzy. Dobre kino jest puszczane często tym samym czasie co tania erotyka i gry audiotele, bo kto to w ogóle ogląda? Miałem okazję uczestniczyć ostatnio w krótkich warsztatach “mowa kina”, na których wspomniano o dokumencie, którego wersja reżyserska miała 5 minut wspólnych z wersją producencką (reakcje widzów były skrajnie różne). Ogrom gwiazd muzycznych wydaje tysiące płyt nie grając ani jednego koncertu. Są jeszcze kina, w których się nie sprzedaje popcornu, ale ile jeszcze przetrwają?
Istnieje strona http://www.beforethemusicdies.com, na której znalazł się kiedyś krótki film o eksperymencie muzycznym, o którym pewnie większość z was słyszała:
Zwróćcie uwagę na część w której program komputerowy poprawia fałsze śpiewającej modelki - to zajmuje tylko kilka sekund. Iczek w innym zupełnie kontekście użył w swojej ostatniej notce słów “poczułem się jak w Mc’Donalds”. I chociaż nie wydają mi się adekwatne do opisanej tam sytuacji, to patrząc na dzisiejszy rynek kinematograficzny/muzyczny/fotograficzny mówię z przekonaniem - czasem czuję się jak w Mc’Donalds. A wy?
Można mówić “to mnie nie dotyczy”. Jednak poparcie lub obojętność wobec coraz większej ingerencji programów graficznych odbije się w końcu na nas samych. Ciągle obniżamy poprzeczkę zamiast ją podnosić. Obchodzi mnie, czy ktoś wziął aparat i zrobił dobre, pięknie oświetlone zdjęcie, czy posklejał je z 10 zdjęć, dodał światła i cienie, a później zaserwował to widzowi bez piśnięcia słowem, że to pic na wodę. Nie czujecie się w takich przypadkach oszukani? Na dodatek pewnie najczęściej o tym się po prostu nie wie.
Ja nie będę przepowiadał zagłady. Zawsze się znajdą szaleńcy, którzy nie zważając na to, że nikt za ich fotografie nie zapłaci grubej kasy, będą robić to tak, jak to widzą, a nie tak, żeby przypodobać się tym, którzy liczą pieniądze. Tak jak to robi na przykład Alex Majoli. Nie według większości publiki, która głupieje. Tak samo jak w przypadku kina i muzyki. Tyle, że będzie coraz trudniej.
Eugenio Recuenco ma na swojej stronie zdjęcia, które często wyglądają, jakby wpływ photoshopa był znaczący, jednak nie wszystko jest takie oczywiste jak się wydaje. Krótki filmik Quizás, quizás, quizás i zdjęcia zrobione przy okazji jego kręcenia wyglądają momentami tak, że większość osób zakrzyknęła by “photoshoped!” bez wachania. Jednak oglądając backstage, widać, że jednak nie wszyscy idą drogą wynajęcia dobrych grafików. I to jest naprawdę pokrzepiające.
Ok, wiem, to są ogromne pieniądze, które Recuenco mógł na tą produkcję przeznaczyć. Ale ile razy jest tak, że ludziom nie chce się poświęcić czasu i sił, żeby w przygotowaniach do sesji uczestniczyła wizażystka, stylistka, żeby lepiej przygotować scenę, żeby zadbać o szczegóły? Bo to się wytnie.
Naprawdę od nas wszystkich zależy w jakim kierunku to wszystko zmierza, dlatego wybierajmy rozważnie. Nie ma prawdy absolutnej, to co się podoba jednym, nie musi się podobać innym. Ale myślmy i bojkotujmy to, co nie jest dla nas prawdziwe. Bo inaczej coraz więcej będzie w kinach kretyńskich komedii, coraz więcej będzie gwiazd wypromowanych jak Mandaryna, coraz więcej będzie fotografii, które w 90% są grafikami.