Skip to content

Są takie chiwile, gdy wolę pamięć niż klisze

“Fotografuj okiem do mózgu”, przeczytałem kiedyś w jednej z książek luźno powiązanych z fotografią. Fotografuj okiem do mózgu, bo pamięć jest o wiele lepszym nośnikiem, niż klisza, czy plik na dysku.

Bzdura! - pomyślałem kiedyś. Pamięć jest zwodnicza, nie jest obiektywna, przekręca, przeinacza, wyolbrzymia albo pomniejsza, koloryzuje albo ujmuje.

Trzy lata temu zdarzyło mi się być na festiwalu, który odbywa się na terenie opuszczonego przez mnichów opactwa. Częścią opactwa jest katedra, w której ludzie spędzają czas na różnych warsztatach lub prostu odpoczywają skryci przed słońcem, czy deszczem. Zrobiłem tam wtedy zdjęcie pewnej dziewczynie. Gdy byłem na tym samym festiwalu w tym roku, spotkałem tą samą, jak mi się wtedy wydawało, istotę. To jest jedna z tych twarzy, których się po prostu nie zapomina, a ktoś kto interesuje się fotografią pamięta takie twarze jeszcze mocniej.

Gdy wróciłem do domu, przewertowałem stare klisze. Znalazłem. Zeskanowałem. Okazało się, że była na kliszy kolegi, która u mnie utknęła, a ja zrobiłem wtedy w katedrze zdjęcie jednej z dziewczyn, ale nie tej. Zdjęcia, które znalazłem na kliszy znajomego już na zawsze wymazały obraz jaki miałem w pamięci. Były kiepskie, niedoświetlone, nie oddawały nawet w połowie tego, jak tajemnicza dziewczyna z katedry wyglądała, nie oddawały nawet w ułamku jak ja ją zapamiętałem w półmroku katedry.

Pamięć daje coś, czego kiepskie zdjęcie nie zapewnia (bo w ilu przypadkach udaje się zrobić zdjęcie, które przyćmiło by wspomnienia?). Eteryczne doznania, które pojawiają się na chwilę by sprawić, że świat zastyga, przestaje istnieć. Potrafią nawet po wielu latach powracać wraz ze wspomnieniami i rozdmuchiwać żar jaki rozpaliły.

Nie rozumiałem fotografowania okiem do mózgu tak dobrze jak teraz, ale mimo, że pozornie się temu sprzeciwiałem, nie mam na kliszach zachodów słońca, nie mam łąk podlasia, które spowite mgłą i oświetlane pierwszymi promieniami słońca zdarzało mi się widywać po przegadanej nocy, nie mam zdjęć gwieździstego nieba, które podczas tych rozmów oglądałem, nie mam wschodów słońca na mazurach, które oglądałem tonąc w objęciach dających tyle ciepła. Nie mam na zdjęciach wielu innych rzeczy, które wracają do mnie niespodziewanie.

Po co niszczyć piękne chwile zamieszaniem związanym ze zrobieniem zdjęć? Fotografie zrobione okiem do mózgu zawsze pozostaną najlepsze, niepowtarzalne. Może jest z nimi czasem tak jak z rybami złowionymi przez wędkarzy, które po latach są coraz większe, ale kto powiedział, że troszkę ułudy to coś złego?

fotografia, film i muzyka, czyli mieszanka wybuchowa w najlepszym wydaniu

Gdy głowica skanera wydaje dziwne, piskliwe dźwięki podążając to w jedną, to w drugą stronę, staram znaleźć sobie jakieś zajęcie, żeby nie liczyć jej kolejnych przebiegów, czy odgadywać znaczenia plam na ścianie. Gdybym był tylko trochę mniej ambitny, to pewnie na pytanie “co robisz skanując klisze” odpowiedziałbym z pewnym zakłopotaniem “dłubię w nosię”. Częste reklamy powtarzające mi, żebym brał od życia więcej sprawiają jednak, że staram się znaleźć zajęcie ciekawsze.Dzisiaj ożywię trochę ten lekko wymarły przybytek w iście muzyczny sposób.

Gdy oglądanie filmu wyzwala we mnie silne skojarzenia z fotografią, to czuję się przedziwnie. Jakbym musiał odkrywać na nowo coś, co już znam. Gdy taki film łączy się z muzyką, to jest to dla mnie mieszanka wybuchowa.

“Crash into me” zespołu Dave Matthews Band zawsze przyprawia mnie o gęsią skórkę, gdy wraz z muzyką docierają do mnie obrazy. Niezbyt podobają mi się fotografie Deana Karra (reżyser klipu), innych teledysków nie miałem czasu obejrzeć, ale w “Crash into me” rozgrywa się coś bardzo mi bliskiego. Niektóre kadry są jak zdjęcia, których postacie ktoś magicznie ożywił. Statyczne, ale nie zatrzymane w bezruchu.

Poza tym, coś o czym nie trzeba się rozpisywać - magia Panie! magia! Baśniowy świat wykreowany na potrzeby utworu Dave’a Matthewsa jest dla mnie czymś nieosiągalnym, a przez to tak intrygującym. Baśnie zawsze zawierały w sobie ten ciemny, nieznany pierwiastek, którego brakowało prostym bajkom, a to przyciaga jak magnes.

Drugi teledysk, który kiedyś zrobił na mnie ogromne wrażenie, jest ilustracją do utworu “Human” zespołu Carpark North. Pierwsze kadry przywodzą mi na myśl klasyczne portrety, które przeplatane są później pełnymi energii, kadrowanymi przy pomocy zdecydowanych cięć ujęciami tętniącymi w rytm muzyki. Rzadko zdarzało mi się znaleźć teledyski, które współgrały z muzyką w tak niesamowity sposób

.Chciałem wstawić też animacje poklatkowe, w których rozmiłował się między innymi Eugenio Recuenco, ale zrezygnowałem z tego zamiaru. One są już doskonale znane ogromnej części miłośników fotografii i złożone ze zdjęć. Ja w dwóch zamieszczonych wyżej teledyskach dostrzegam fotografię w filmie, a nie fotografie, które składają się na film i to jest coś, co mnie intryguje.*

Jeżeli też macie swoje (nawet bardzo subiektywne) odkrycia na tym polu, to nie zwlekajcie z podlinkowaniem w komentarzach :)

________________

* Tak, wiem, w teledysku Matthewsa są też fotografie będące ilustracjami, w Human jest kawałek zrobiony techniką animacji poklatkowej, ale chodzi mi o całokształt, a nie o drobne szczegóły :)

Zdjęcia, które gryzą.

Krzysztof Miller, jeden z najbardziej znanych fotografów wojennych w Polsce powiedział kiedyś w którymś z wywiadów “trzeba być blisko, zdjęcia muszą ‘śmierdzieć’”. Ja przeczytałem to stwierdzenie w zapisie wspomnianego wywiadu, ale długo nie pozostało w mojej głowie w oryginale. Matryca była wyjątkowo niedokładna, bo kolejne odciśnięcia tego zlepku liter coraz bardziej zbliżały się do wyrazów “zdjęcie powinno gryźć”.Powiedziałem nawet znajomemu, gdy rozmawialiśmy o jednym z jego zdjęć, że “ono gryzie, to dobrze, kiedyś któryś sławny fotograf tak powiedział”. Nie mam pojęcia, czy ktoś tak kiedykolwiek powiedział. To jest wielce prawdopodobne, ale wielce prawdopodobne jest również, że słowa te nie padły z ust kogoś sławnego. Niemniej jednak nadal mi się podobają.

Nollywood fot. Pieter Hugo

Gdy parę dni temu musiałem czekać na odbiór klisz, oprócz wkurzania się, że znowu będę musiał skanować portrę, czego ciągle nie potrafię robić dobrze, przeglądałem czasopisma i książki o fotografii leżące na półkach empiku. Nie pomnę w której publikacji natknąłem się na zdjęcia Pietera Hugo z cyklu Nollywood. Pamiętam tylko, że pogryzły mnie w bardzo pobudzający sposób.Doskonale kojarzyłem go chociażby ze zdjęć, na które swego czasu ciężko było się nie natknąć - z dokumentu o nazwie “The hyena & other men”, który został doceniony na WPP. Pamiętam, że byłem wtedy zachwycony jego prostymi, ale dopracowanymi pod każdym względem kadrami. Zdjęcia z Nollywood charakteryzują się podobną dbałością o kadr, ale gryzą bardzo dotkliwie. I w taki właśnie sposób chcę być gryziony. I nie będę więcej pisał, bo to zbędne. Jeżeli jesteście tak nie na czasie jak ja i zdjęć jeszcze nie widzieliście, to wejdźcie na stronę Pietera, przeczytajcie, obejrzyjcie, satysfakcja gwarantowana.

Nollywood fot. Pieter Hugo

Zanim fotografia umrze

Gdy w odstawkę poszedł wspaniały materiał jakim był Kodachrome, nieco później ten sam los podzielił Pro 800Z, wzmożona ilość pytań o kondycję fotografii stała się nieunikniona. Iczek pisał (nie bez powodu) o epoce post-fotoszopowej - to właśnie wygoda w używaniu procesu zdigitalizowanego sprawia, że kolejne klisze idą w odstawkę. Nie będę rzucał gromów, zresztą w moim wykonaniu byłyby to raczej co większe iskierki. Tak po prostu musi być. Jednak strach, że to wszystko zmierza w złym kierunku ciągle pozostaje.

Kiedyś w mojej głowie zalęgła się taka poprawna politycznie myśl - “nie liczą się środki jakimi doszło się do danej fotografii, liczy się efekt końcowy”. I wiecie co wam teraz o tym powiem? To jest (moim zdaniem!) trzecia ze wszystkich prawd, czyli gówno prawda. O ile nie będę się obrażał na ludzi wybierających cyfrowe aparaty za to, że kolejne klisze umierają (postęp zawsze zostawia jakieś zgliszcza i trudno tu winić kogoś, kto wybiera nowsze rozwiązania techniczne), o tyle kwestia drogi do powstania fotografii zaczęła mi bardziej leżeć na sercu. Samo używanie aparatu cyfrowego nie jest ani dobre ani złe, ale to, co się robi w post produkcji zakrawa czasem o dramat.

Dotychczas nie zastanawiałem się zbyt dużo nad tym, jak powstają fotografie, które widzimy na bilbordach itp. Zapadła mi jednak w pamięć komiczno-smutna sytuacja, która obrazuje pewne trendy w procesie tworzenia zdjęcia. Istnieje portal mm, który większość z was zapewne mniej lub bardziej kojarzy, na którym to, można znaleźć sobie modela/modelkę. Tak też zrobiła moja koleżanka, która poprosiła o pozowanie mężczyznę promującego swego czasu jedno z najpopularniejszych polskich piw swoją twarzą.

Wszystko było pięknie dopóki go nie zobaczyła. Był wprawdzie podobny do tego “kogoś”, kto pozował w ramach promocji browaru, ale jego twarz była jakby spłaszczona wertykalnie. Mówiąc bardziej po ludzku, tak jak kiedyś słuchacz pewnego radia powiedział zamawiając piosenkę - “tak, tego iglesijasa, tego co ma mordę jak kajak”. Po pewnym czasie przyznał się jej, że “zdjęcia” do reklamy piwa były składane z wielu ujęć. Na jednym “fotograf” zobaczył, że dobrze wyszły usta, na drugim podbródek, na trzecim cośtam, potem się to rozciągnęło, poprawiło, tu wycięło, tam dodało i dobre “zdjęcie” gotowe.

Nasze społeczeństwo nie jest prawie edukowane kulturalnie i trudno się dziwić, że łykamy często papkę przygotowaną przez speców od robienia dużych pieniędzy. Dobre kino jest puszczane często tym samym czasie co tania erotyka i gry audiotele, bo kto to w ogóle ogląda? Miałem okazję uczestniczyć ostatnio w krótkich warsztatach “mowa kina”, na których wspomniano o dokumencie, którego wersja reżyserska miała 5 minut wspólnych z wersją producencką (reakcje widzów były skrajnie różne). Ogrom gwiazd muzycznych wydaje tysiące płyt nie grając ani jednego koncertu. Są jeszcze kina, w których się nie sprzedaje popcornu, ale ile jeszcze przetrwają?

Istnieje strona  http://www.beforethemusicdies.com, na której znalazł się kiedyś krótki film o eksperymencie muzycznym, o którym pewnie większość z was słyszała:

Zwróćcie uwagę na część w której program komputerowy poprawia fałsze śpiewającej modelki - to zajmuje tylko kilka sekund. Iczek w innym zupełnie kontekście użył w swojej ostatniej notce słów “poczułem się jak w Mc’Donalds”. I chociaż nie wydają mi się adekwatne do opisanej tam sytuacji, to patrząc na dzisiejszy rynek kinematograficzny/muzyczny/fotograficzny mówię z przekonaniem - czasem czuję się jak w Mc’Donalds. A wy?

Można mówić “to mnie nie dotyczy”. Jednak poparcie lub obojętność wobec coraz większej ingerencji programów graficznych odbije się w końcu na nas samych. Ciągle obniżamy poprzeczkę zamiast ją podnosić. Obchodzi mnie, czy ktoś wziął aparat i zrobił dobre, pięknie oświetlone zdjęcie, czy posklejał je z 10 zdjęć, dodał światła i cienie, a później zaserwował to widzowi bez piśnięcia słowem, że to pic na wodę. Nie czujecie się w takich przypadkach oszukani? Na dodatek pewnie najczęściej o tym się po prostu nie wie.

Ja nie będę przepowiadał zagłady. Zawsze się znajdą szaleńcy, którzy nie zważając na to, że nikt za ich fotografie nie zapłaci grubej kasy, będą robić to tak, jak to widzą, a nie tak, żeby przypodobać się tym, którzy liczą pieniądze. Tak jak to robi na przykład Alex Majoli. Nie według większości publiki, która głupieje. Tak samo jak w przypadku kina i muzyki. Tyle, że będzie coraz trudniej.

Eugenio Recuenco ma na swojej stronie zdjęcia, które często wyglądają, jakby wpływ photoshopa był znaczący, jednak nie wszystko jest takie oczywiste jak się wydaje. Krótki filmik Quizás, quizás, quizás i zdjęcia zrobione przy okazji jego kręcenia wyglądają momentami tak, że większość osób zakrzyknęła by “photoshoped!” bez wachania. Jednak oglądając backstage, widać, że jednak nie wszyscy idą drogą wynajęcia dobrych grafików. I to jest naprawdę pokrzepiające.

Ok, wiem, to są ogromne pieniądze, które Recuenco mógł na tą produkcję przeznaczyć. Ale ile razy jest tak, że ludziom nie chce się poświęcić czasu i sił, żeby w przygotowaniach do sesji uczestniczyła wizażystka, stylistka, żeby lepiej przygotować scenę, żeby zadbać o szczegóły? Bo to się wytnie.

Naprawdę od nas wszystkich zależy w jakim kierunku to wszystko zmierza, dlatego wybierajmy rozważnie. Nie ma prawdy absolutnej, to co się podoba jednym, nie musi się podobać innym. Ale myślmy i bojkotujmy to, co nie jest dla nas prawdziwe. Bo inaczej coraz więcej będzie w kinach kretyńskich komedii, coraz więcej będzie gwiazd wypromowanych jak Mandaryna, coraz więcej będzie fotografii, które w 90% są grafikami.

Jak Ci się nie podoba, to zrób lepiej!

Mógłbym przy okazji tego wpisu wystwosować prośbę, żeby ktoś napisał go lepiej, bo mi się plączą palce na klawiaturze, czuję, że muszę zająć czymś mój mózg, bo inaczej zwariuję, ale ciemność widzę, ciemność. Kilka głębokich wdechów, usaaaah, będzie dobrze, czas zaczynać.

Nie wiem, czy jestem w tej kwestii ewenementem, ale w wielu przypadkach nie lubię, po prostu nie znoszę stwierdzenia - “nie podoba Ci się? zrób to lepiej!”.

Są takie sytuacje, kiedy takie stwierdzenie rzeczywiście ciśnie się na usta. Niech przykładem będzie organizacja konferencji na temat jednej z technologii informatycznych, która w Polsce ciągle pozostaje niszowa. Konferencje chciało zorganizować w Krakowie dwóch Anglików. Jako, że kraj nasz malkontentami jest płynący, to na głosy niezadowolenia z faktu, że w naszym polskim pięknym państwie coś jest organizowane przez Anglików trzeba było czekać tylko trochę dłużej niż nowojorską sekundę (czas jaki upłynie od zapalenia się zielonego światła, do wybrzmienia odgłosu klaksonu).  Typowy przypadek, gdy ktoś nie chce pomóc, ale za to wydawanie burkliwych odgłosów jest jak najbardziej naturalne.

Gdyby ktoś przyszedł do mnie i pokazał mi swoje pierwsze zdjęca street photo, to na pewno nie skrytykowałbym go dobitnie, tak jak to czynią niektórzy, ustanawiając sobie za cel wdeptanie w ziemie w taki sposób, żeby człowiek czuł się jak Jean-Claude Van Damme w sporej części filmów, w których zagrał. Może z tą różnicą, że o ile Jean po naprawdę ostrym mancie podnosi się i wykrzesuje z siebie ostatki sił, żeby niczym Chuck Norris powalić przeciwnika z pół obrotu, o tyle nie każdy może stać się William’em Eggleston’em i mimo wszelkich przeciwności i skrajnej krytyki przeć do przodu, tym bardziej jeśli jego prace są rzeczywiście kiepskie.

Dlatego, abstrahując oczywiście od tego, że ja sam stoję bliżej początku, niż końca mojej drogi fotograficznej, nie zafundowałbym nikomu początkującemu przeprawy przez mękę, ale postarał się podyskutować. Zadawanie pytań wydaje się w takim momencie o wiele lepszym sposobem, żeby wpłynąć na czyjeś podejście, niż stawianie kategorycznych twierdzeń (tym bardziej w formie równoważników zdań brzmiących mniej więcej “gówno, gówno, gówno”).

Za to sprawa moim zdaniem zmienia się diametralnie, gdy chodzi o kogoś, kto powinien już sobą coś reprezentować, kogo autorytet jest uznany i od kogo oczekuje się czegoś więcej niż papki, którą ma się podobać, bo Słowacki wielkim poetą był! Na blogu Iczka pojawił się ostatnio komentarz pod jednym z wpisów, w którym pewna tajemnicza osoba podpisana M. pisze “smiac mi sie chce jak czytam te wypociny jednego z drugim, ktory nic w fotografii nie osiagnal, a krytykuje tak zawziecie Tomaszewskiego, Lacha czy Gudzowatego…”.

Jeżeli każdy, ale to każdy, z kim rozmawiałem o wystawie “Rzut beretem” Tomaszewskiego zwracał uwagę na to, że cyfrowość tej fotografii w niektórych sytuacjach jest tak widoczna, że aż boli, a sam Tomaszewski w wywiadach mówi co chwila “wielki nikon… mój wielki nikon”, to ja nie widzę powodu, żeby kazać się komuś tym zachwycać.* Jesteśmy odbiorcami do ciężkiej cholery! Wielka Fotografia będąc wielką i będąc Fotografią nie może nie zachwycać nas, więc zachwyca! Tak?

Jeżeli ktoś chce sie ograniczyć do krytykowania tylko tego, co sam potrafi zrobić lepiej, to proszę bardzo - zapraszam na seansik. Wszystkie 7 części Akademii Policyjnej. Później można wysłuchać dyskografii zespołu Boys, a na koniec okrasić to oglądaniem obrazów na przykład ze starówki warszawskiej. Przykładów można by mnożyć. I jeżeli ktoś nie jest reżyserem, nie ma zdolności muzycznych, a pędzel miał w ręku ostatni raz na lekcjach plastyki w szkole podstawowej, to niech tylko spróbuje pisnąć słówko, bo sam nie zrobi lepiej!

Tak to ma wyglądać?

__________________

* naprawdę nie chce dyskusji o wyższości cyfry nad analogiem i odwrotnie - po prostu jestem zdania, że jeżeli ktoś decyduje się na zrobienie zdjęć aparatem cyfrowym, to mógłby zadbać o to, żeby niektóre rzeczy nie waliły po oczach - i tyle.

Dlaczego wyprute flaki nie robią na mnie wrażenia?

Drobne ostrzeżenie przed lekturą: będę tu nawiązywał do filmu Secret life of words (Życie ukryte w słowach). Nie zdradzam fabuły w sposób znaczący, ale obnażam kawałeczek prawdy o głównej bohaterce Hannie, który może sprawić, że duża część filmu nie będzie już tak tajemnicza. Dlatego uprzedzam, że lepiej nie czytać, jeżeli ktoś zamierza obejrzeć, do czego przy okazji gorąco zachęcam.

Pamiętam doskonale, gdy byłem na projekcji filmu Katyń w małej miejscowości i jeszcze mniejszym kinie, którą normalnie z pewnością bym opuścił, gdyby nie wlepiono mi biletu do ręki. W innym wypadku poszedłbym na cokolwiek innego (życie to sztuka wyboru, jak mówią), a Katyń obejrzał przy jakiejś pierwszej lepszej okazji z DVD. Całościowe krytykowanie tego filmu w tej chwili, tak długo po premierze, byłoby posunięciem skrajnie dziwnym, które pewnie wywołałoby tylko trochę mniejszy uśmiech niż dźwięk słów “Balcerowicz musi odejść”. Zresztą nie wiem, gdzie skryłbym się przed ludźmi, którzy mylą wydarzenie z filmem o wydarzeniu i mówienie o tym filmie w negatywnych słowach kwitują rozdarciem koszuli i krzykiem - mnie bij, ale nie Katyń. Dlatego skupię się tylko na jednym ważnym elemencie.

Spodziewałem sie, że zakończenie tego filmu będzie mocne, ale zarazem będzie pozostawiać głębokie piętno na widzu, będzie w nim tkwić i kłuć w od środka. I owszem, były tam momenty, które zapadły mi na chwilę w pamięć, ale wydawało mi się, że przesadne wykorzystanie przemocy jako zabiegu, który ma oddziaływać na widza, zaczyna prowadzić do efektu odwrotnego. Tym bardziej, że brutalna śmierć nie jest już od dawna w kine tematem tabu i poprzez jej nagromadzenie, efekt obojętności się nasila. Rzadko się robi filmy o umieraniu, ale dla kontrastu trup ściele się w dużych ilościach nader często.

Jak więc sprawić, żeby bez użycia nadmiaru przemocy przekazać brutalną prawdę o tamtych czasach? - pytałem siebie. Do stłumienia w sobie pewnych negatywnych odczuć na temat sposobu nakręcenia ostatnich scen Katynia częściowo wystarczyły mi banalne tłumaczenia - ależ to pokazuje prawdę, właśnie tak było. Nie za bardzo wiedziałem, jak można w ogóle podejść inaczej do tematu, i mimo, że to Wajda powinien wiedzieć, jakoś go w duchu rozgrzeszałem (chociaż plotka głosi, że zakończenie kręcił Pasikowski). To nie było zresztą trudne bo na tle rozmemłanego środka tego filmu, końcówka nie wypada źle, ale nie jest na miarę oczekiwań.

Później nie wracałem do tego filmu, jako że nie było do czego wracać. Aż do teraz, gdy obejrzałem film kompletnie inny, który miał mało wspólnego z historią, ale który to jedną mistrzowsko nakręconą sceną, sprawił, że tak wyraźnie widzę różnicę w odbiorze i oddziaływaniu obnażenia totalnego, a odsłonięciu jedynie fragmentów, które odsłonięte umiejętnie, o wiele bardziej stymulują wyobraźnię.

The secret life of words, po naszemu Życie ukryte w słowach, nawiązuje w jednej ze scen do konfliktu w Jugosławii, który miał miejsce po uzyskaniu przez Chorwację niepodległości w 1991 roku (jestem kiepski z historii, krzyczcie na mnie, jeżeli coś pokręciłem). Rozmowa, która toczy się między młodą pielęgniarką, a poparzonym pracownikiem platformy wiertniczej jest wyreżyserowana nie nachalnie, ale zapadająca w pamięć i głęboko poruszająca. Po tym filmie długo nosiłem w umyśle tą scenę, w której główna bohaterka wyjawia straszną prawdę o sobie i opowieść o wojnie, które zrobiły na mnie takie wrażenie, a podczas których nie użyto zabiegów naszpikowanych przemocą, krwią i okrucieństwem. Ta scena sprawiła, że moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach, a ciche, wybrzmiewające miarowo słowa głównej bohaterki rzuciły mnie na ziemię, tak, że przez długą chwilę, nie mogłem ruszyć choćby powieką.  Isabel Coixet zrobiła to, na co Wajda nie mógł się wspiąć. Już wiem, że da się i wiem, że można to zrobić w sposób iście mistrzowski.

I znacznie bardziej wolę właśnie taki sposób obrazowania, zarówno w filmie, prozie, jak i w fotografii. Takiego sposobu obrazowania chcę doświadczać, i w taki sposób chciałbym robić zdjęcia, co jest niestety bardzo trudne, a droga do takich umiejętności wydaje się być bardzo rozmyta.

Mam tylko nadzieję, że Wajda rzeczywiście z powodzeniem zmył wrażenie przeciętności, jakie pozostawiły filmy nakręcone przez niego w ostatnich latach, swoją najnowszą produkcją o tytule Tatarak.

Przeprowadzka

Gdyby ktoś nie zauważył, blog zmienił adres. Krok ten nie jest podyktowany jedynie chęcią zmiany czegokolwiek dla samego faktu, że coś się zmieniło (to tak jak zapalanie zapałek, żeby zobaczyć jak się spalają - na dłuższą metę nuda, uwierzcie). Kiedyś pomysł z adresem bloga od mojej ksywki wydawał się całkiem fajny, ale już od jakiegoś czasu mi się nie podoba, czego skutkiem jest przeprowadzka. Przy okazji, dodałem nowe adresy rss:

Jeżeli ktoś jeszcze nie dodał do rss to zachęcam. Jeżeli korzystasz ze starych to prosiłbym o zmianę starych feedów, bo wtedy widzę, ile osób mnie subskrybuje. To nie są liczby powalające, co widzę w statystykach, ale o dziwo widzę też, że ktoś mnie jeszcze ciągle czyta, to budujące i przerażające zarazem, nieprawdaż? Poza tym wszystko po staremu. Mam nadzieję, że nowa nazwa przypadnie do gustu.

bo ekspozycja była nie ta…

Gdyby robienie zdjęć szło mi tak dobrze jak szukanie wymówek, to moje zdjęcia wisiałyby na GPP albo WPP obok “jakiegoś tam” Gudzowatego. Zawsze, gdy przechodzę podziemnymi korytarzami w okolicach dworca centralnego, czy w ogóle przebywam w jakimkolwiek ciemnym miejscu, narzekam na ekspozycję. “F/2.8, czy F/2, a tu tak ciemo jest, i tak by nie dało rady, i tak by nic nie wyszlo”.

Wiecie, takie pieprzenie. Dobrze, że czasem mam na tyle siły, żeby powiedzieć sobie “basta!”.

fot.Łukasz Sarnacki

Róbcie dużo zdjęć, żeby niczego nie żałować!

Gdy sięgam pamięcią w  obszary moich pierwszych kroków związanych z fotografią, przypominam sobie, że pierwszy rok mojego z nią obcowania był pstrykaniem wszystkiego - czyli niczego. Ciężko tu nawet używać słowa fotografia, bo było to pstrykactwo bez większego zainteresowania fotografią z punktu widzenia odbiorcy. Chylę czoła przed tymi, którzy takiego okresu za sobą nie mają. Cała reszta, w tym ja, potrzebuje go, żeby wyklarowały się pierwsze poważne fotograficzne inspiracje i upodobania.

Teraz dalej uprawiam pstrykanie, z tym, że bardziej świadomie - a przynajmniej tak to sobie tłumaczę. I ciągle lubię to, co po tym roku fotograficznej zabawy wysunęło się na pierwszy plan - dokument, reportaż. Ciągle noszę ze sobą aparat i co jakiś czas wyjmuję go z kieszeni, żeby narazić się ludziom na ulicy, chociaż niestety już nie tak często jak kiedyś. To oswaja z perspektywą wejścia z aparatem między ludzi. Niestety w moim przypadku głównie obcych ludzi.

Iczek zamieścił ostatnio portret swojej babci. Pisze:

Portret zatrzymuje w błysku białka ludzkie istnienie?
Czy to tylko moja zuchwale bałwochwalcza idea fotografii portretowej?
Bluźnię…?

A ja sobie myślę w tym momencie - co za różnica? Co komu do tego, jeżeli jest w tym zuchwałość?

Ważne, że to zdjęcie powstało.

Przed śmiercią dziadka (to już ponad 2 lata) byłem na wsi z aparatem 2 razy przez tydzień, czy dwa i kilka razy na krócej. I zrobiłem dziadkowi jedno zdjęcie, które na dodatek jest tak niedoświetlone, że nie da się go już uratować. Nie wiedziałem wtedy jak dokładnie używać światłomierza i ostre światło od okna sprawiło, że twarz dziadka jest ledwo widoczna. Ale rok później doskonale wiedziałem co zrobić, żeby aż tak zdjęcia nie spartaczyć i też nic się w tej sprawie nie ruszyło…

Czasem piszę na blogu o świadomości, podkreślam jak ważne jest, żeby wiedzieć, po co się dane zdjecie robi. A teraz zastanawiam się, czy to aby nie brzmi trochę nazbyt patetycznie, gdy nie wchodzę w temat głębiej.

Nie jest tak, że uznaję Fotografię przez duże F jako jedyne słuszne użycie aparatu. Wręcz przeciwnie. Jestem zdania, że każde zdjęcie spełnia pewną funkcję - jest miejsce dla fotografii artystycznych, ale jest też miejsce dla zdjęć z imienin ciotki, jest miejsce na poważny reportaż i dokument, ale jest też miejsce na pstryki z imprezy, gdzie była taka zabawa, że wszyscy się pochorowali. Gdy ktoś zamieszcza nieostre zdjęcie choinki na podzamczu i prosi o ocenę, to nie mam o nim, z punktu widzenia fotografii rzecz jasna, najlepszego zdania. Ale gdy to samo zdjęcie zostaje w szufladzie, czy na własnej stronie internetowej - nic mi do tego.

Nie każdy zrobi taką fotografię jaką zrobił Iczek. Może nawet nie będzie się o tym dało powiedzieć “fotografia”, tylko ot takie “zdjęcie”.

Chrzanić to!

W przypadku takich zdjęć, to jest mało ważne. Wystarczy tylko starać się rozróżniać, czy pokazuje się zdjęcie świadomie, czy tylko żeby je pokazać (nie rzucam kamieniami, mi też się kilka należy), a co za tym idzie - komu się je pokazuje.

Zazwyczaj piszę, żeby nie robić zbyt dużo zdjęć, tym razem powtórzę to, co w tytule: “róbcie dużo zdjęć”. Tylko wybierzcie temat tego warty. Moja rada a zarazem gorąca prośba jest taka: nie róbcie choinek na podzamczu, nie róbcie pocztówkowych pstryków, kaczek nad stawem itp. Za to zróbcie kilka zdjęć swojej babci, czy dziadkowi, gdy będzicie ich odwiedzać. Nawet jeżeli zdjęcia będą lekko nieudane, to i tak będą udane ;).

Mi pozostają po dziadku zdjęcia zrobione przez mojego Tatę, takie jak to poniżej. Mimo, że jest lekko krzywe i niefortunnie ucięte, to jest lepsze niż żadne. Zresztą, gdyby teraz ludzie robili takie zdjęcia rodzinne, to by było super…

Do przodu, czy wspak?

Każdy, kto nawet niezbyt uważnie przygląda się trendom dzisiejszych czasów, bez trudu może powiedzieć, że na fotografię, czy może raczej na robienie zdjęć, jest moda. Każdy, kto ma w zasięgu ręki jakieś pudełko z obiektywem i kawałkiem materiału światłoczułego jest z automatu miłośnikiem fotografii, nawet jeżeli to pudełko ma klawisze i można tym pudełkiem wysłać esemesa ( z drugiej strony, spodziewam się że canon 5d mkIII będzie wyposażony w tą funkcję ;).

Dlatego też coraz więcej jest różnego rodzaju poradników, podręczników, tutoriali, czy jak to wszystko zwał. Jak to wynika z rozkładu Gaussa, część zawiera porady kretyńskie, część wchodzi w temat głębiej, a przytłaczjąca większość powtarza utarte sposoby postępowania, które mimo wszystko przydają się, szczególnie początkującym.

Takie zbiory dobrych rad, czytane przez kogoś, kto szuka w fotografii czegoś więcej mogą być odebrane z pobłażliwym spojrzeniem i powątpiewaniem. “Robiąc zdjęcia pamiętaj, żeby nie ucinać kawałków ciała”, “Nie ustawiaj nigdy fotografowanego przedmiotu w środku kadru”, “Nie rób zdjęć pod słońce”, “Zdjęcia portretowe rób zawsze obiektywem o ogniskowej z zakresu 80-135mm” itd. itp. Wybaczcie, że użyłem tych najbardziej bezpodstawnych, ale chyba każdy wie o co chodzi.

Nuda i przytłaczająca rutyna jaką odczuwam podczas niektórych części mojej pracy jest wprost proporcjonalna do siły z jaką odzywa się we mnie domorosły filozof. Wtedy żadne problemy świata i mojej osoby nie są mi obce, mogę rozważać nawet, jaka nazwa na kolor moich ścian byłaby odpowiednia (tym bardziej, że taka zabawa, jako, że nie jestem ani malarzem, ani kobietą, mogłaby się rozciągnąć w nieskończoność bez wymiernych efektów). I zastanawiając się nad tym całym poradnikowym internetem, doszedłem do prostego wniosku.

Takie porady nigdy nie powinny być podawane na tacy, wyrwane z kontekstu - porada w tonie “zrób tak i tak” powinna spotkać się z dziecięcym i rozbrajającym - “dlaczego?”. Masz wątpić, podważać, poddawać w wątpliwość (tylko bez przesady, jak się przesadza, to się dzieją straszne rzeczy). Każda porada jaką znajduje w internecie, czy jaką usłyszę, która dana jest bez wyjaśnienia, czemu to służy, jest zazwyczaj mało warta*. Korzystanie z utartych schematów może być na krótką metę dawać wymierne efekty, ale patrząc na to wszystko długodystansowo, wydaje mi się, że tylko uzasadnienie pewnych zabiegów otworzy niektóre furtki w głowie.

Idąc dalej. Uderza mnie to, jak często ludzie wypowiadający się w internecie, oburzają się, gdy ktoś mówi o zasadach w fotografii, o podstawach. Być, czy nie być jak William Klein, oto jest pytanie! I dochodzę do wniosku, że wszyscy, którzy najgłośniej krzyczą, że fotografia powinna płynąć z serca i nie powinno się zaczynać od poznawania zasad, tylko robić zdjęcia, nie do końca wiedzą co czynią. Fajnie jest przeskoczyć nudne podstawy w imię wielkich czynów. Na dłuższą metę wydaje mi się, że jest to jednak mimo wszystko droga na wspak, a pewnie przytłaczająca większość ją obierających musi się skupiać na wyważaniu otwartych drzwi i dochodzić do wniosków, które same przychodzą, gdy się łączy praktykę z poznawaniem zasad i analizowaniem znanych fotografii (lub obrazów!).

Na miły Bóg! Przecież nawet Picasso rozpoczął swoją przygodę z malarstwem od studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Barcelonie. Dlatego śmiało można założyć, że jego pomysły powstały później na gruncie doświadczenia i świadomymych wyborów, a nie na gruncie nieprzemyślanej partyzantki. Zresztą nawet ze wspomnianym Kleinem nie jest tak, że urwał się z choinki, wziął aparat do ręki i zaczął robić niesamowite zdjęcia. Nie można zapominać, że ten człowiek przyjechał do Paryża w 48 roku poprzedniego stulecia, żeby malować, a nie robić zdjęcia! Dlatego założę się, że wyczucie kompozycji i wszystko co za tym idzie było w nim mocno zakorzenione.

Jedno z najbardziej trafnych w moim mniemaniu, zdań o fotografii (ale przecież nie tylko!), to “naucz się zasad, żeby móc je łamać”.

Dlatego życzę wszystkim, żeby szli do przodu, a nie wpak (i wybierali mądre książki, a nie zbiory rad bez kontekstu). Chyba, że mamy tu do czynienia z geniuszami. :)

_____________

* Jest oczywiście taka grupa porad (coś jak aksjomaty ? ;), które tego absolutnie nie wymagają, tak jak święte słowa Bułhaka: “Jeden obraz - jeden temat””.